Jagoda

Nazywam się Jagoda, moje najbliższe siostry też, wszystkie należymy do jednego gatunku i lubimy suche bory sosnowe. Urodziłam się w 2015 roku w Puszczy Białej. Przeznaczeniem każdej z nas jest albo bycie zebraną albo uschnięcie na krzaczku. Tym mającym mniej szczęścia, pozostaje penetracja przez robaki bądź zgnilizna. Wierzymy w reinkarnację (pod warunkiem, że nie jesteśmy zbierane nielegalnymi przyrządami, które trzebią nasze domy), a odradzamy się dokładnie w tym samym miejscu.

Zabawny jest nasz los, jesteśmy zjadane głównie przez istoty o niewiele dłuższym łańcuchu DNA. Tego roku udało mi się być wystarczająco soczystą i dużą. Starałam się ukryć pośród sióstr, ale moja lokalizacja, wobec uschnięcia okolicznej sosenki, narażała mnie na zerwanie przez pierwszego lepszego jagodziarza… Tak też się stało, zostałam zerwana 20 lipca 2015 roku o godzinie 11:45. Trafiłam do jednego słoiczka z bliskim sąsiadkami, całe szczęście dopływ tlenu był względnie dobry, bo znalazłam się w trzech czwartych wysokości pojemnika. Moje ciało zostało praktycznie nienaruszone, wszystko dzięki bardzo delikatnej ręce zbieraczki. Marzyłam, że znajdę się pod płaszczykiem osiemnastoprocentowej śmietany…

Jako członkini jednego z bardziej dorodnych gremiów zostałam wystawiona w pierwszym rzędzie wszystkich słoików, troszkę na zachętę dla kupujących. Miano mi oszczędzić tych wszystkich pośredników, liczyłam na bezpośrednie kupno przez przydrożnych konsumentów (posiadających w lodówce osiemnastoprocentową śmietanę). Bałam się trochę konkurencji. Na drodze krajowej numer 8 pomiędzy Wyszkowem, a Ostrowią Mazowiecką, sprzedawane jesteśmy w odstępie mniejszym niż sto metrów. Stałam więc pośród koleżanek na chybotliwym stoliku działkowym, pamiętającym jeszcze czasy ubiegłowiecznych zbiorów. Każdy przejeżdżający pojazd wprawiał mnie w drgania, czułam jak puszczam soki, jednak każde zalotne spojrzenie w moim kierunku przywałowało mi na myśl śmietankową pierzynkę (osiemnastoprocentową). PKS Suwałki – nie zatrzyma się, Ferrari albo inne Porsche – za szybko, żeby mogły mnie ujrzeć (zresztą takim jagody pod nos podsuwają inni), Deawoo Lanos – całe załadowane moimi krewnymi. Na analizie siły zakupowej pasażerów zmierzających w kierunku Warszawy mijał mi cały dzień, aż w końcu wszystko stało się jasne…

Ostrów Mazowiecka to standardowe miasto powiatowe Polski wschodniej. Zjawiałam się tu w różnych postaciach już kilkanaście razy. Wciąż miałam nadzieję na kąpiel w kwaśnej śmietanie, ale spodziewałam się najgorszego. Grozy całej sytuacji dodawała wyboista droga do Ostrowi i dojazd do posesji mojej nowej pani, wyłożony ze stylowych sześciokątnych kostek, na które ludzie mówią: trylinka. Przed otwarciem bramy wyskoczył sąsiad, być może ostatnia szansa na osiemnastoprocentową kołderkę:
– Dobry wieczór panie Stasiu  – jak tam dzisiaj utarg w sklepie?
– Nie za dobry pani Halinko – dwie kłódki patentowe, trzydzieści metrów łańcucha – bieda, ludzie wolą z marketu w Zambrowie ten chiński złom przywozić
– Widzi Pan, jakie to szczęście, że nasz radny zablokował budowę BOBI w Ostrowi…
– Bardzo dobrze…
– Nie chciałby Pan trochę jagódek?
– Po ile?
– Dla Pana 15 złotych za ten słoik – uradowały się moje uszy, gdyż przeczuwałam, że u tego Pana nie skończę w dżemie.
– E, nie, wie Pani co, żona to ostatnio tyle malin nazbierała, że nie wiadomo co z nimi robić.
Tak skończyłam w spiżarni niewielkiego drewnianego domostwa.  Spędziłam tam całą noc po ciemku, w obawie o swoje jutro, choć tak naprawdę przeczuwałam, co mnie czeka…

Skup na ulicy Ostrobramskiej otwierany był równo o siódmej, był to dzień roboczy, Pani Halina miała do pracy na ósmą. Pracowała w spożywczym zrzeszonym w ogólnopolskiej sieci Dojod. Niestety szef nie pozwalał jej na sprzedaż własnych zbiorów. Utknęłam więc w kolejce do dżemu, w szczycie zbiorów zwykle długiej. 13 złotych za kilogram? Tak nisko cenią nasze walory smakowe! Przepychanki nie znały granic, ciągle było słychać brzdęk słoików, i oto wreszcie nastąpiła pierwsza tragedia dnia: rozerwała się reklamówka i stłukł się pierwszy z nich. Taką rzeź wśród swoich ludzie uznaliby za zbrodnię, nasza zemsta mogła polegać tylko na poplamieniu odzieży… zresztą, i tak za rok powrócimy.

Skomplikowana procedura selekcji doprowadziła mnie do przegródki z napisem 15 zł. Tyle bowiem według właściciela skupu byłam warta w przeliczeniu na kilogram. Dobre i to. Nie minęła godzina gdy zostałam wybrana dużą szuflą do wielkiego pojemnika, celem zmiany właściciela:
– Duże w tym roku – odrzekł nieznany głos
– Wilgotność ściółki leśnej, proszę pana – odparł właściciel skupu
– Nie upuściłby mi pan z piątaka?
– Weźmie Pan jeszcze kilogram to pogadamy
I w ten właśnie sposób dokonano transakcji, a ja znalazłam się (po nielicznych perturbacjach związanych z zapłonem silnika wiekowego Transportera znanej niemieckiej marki) na dużym placu targowym. Upał, podgryzające nas osy i ogromny ścisk. Takie warunki mogłyby zabić największą twardzielkę, taką jak np. gruszkę konferencję, a co tu dopiero mówić o pięknych i delikatnych, fioletowych księżniczkach, takich jak ja. Wolałabym już skończyć skonsumowana przez amatorskiego testera jakości niż godzinami wyczekiwać swojego losu w tamtym miejscu.

Fakt, mogłam skończyć gorzej. Wobec dużej rzeszy klientów indywidualnych, na targu dalej miałam duże szanse na śmietanową zalewę i rozpłynięcie się w ustach. Tylko, że tak jak w przypadku pierwszej możliwości sprzedaży, tak i tutaj zainteresowanie było niewielkie, a podaż zbyt duża. A więc jednak dżem?
– Trzydzieści złotych? Zaraz zamykają targ, niech Pan opuści – zjawił się ostatni potencjalny klient
– Dobra, mogę panu dać resztę za pięć dych – powiedział handlarz wskazując mnie (dokładnie mnie); po proponowanym wolumenie wywnioskowałam także, że kontrahent nie jest spożywcą detalicznym (nici z pierzynki).
– Wezmę – mam nagłe zamówienie na tort weselny. Chcieli sezonowy, to będą mieli, reszta pójdzie na dżem.

Przemierzyłam więc kolejne przecznice stolicy mojego powiatu, aby znaleźć się w chłodni cukiernika-artysty. To ja, jagoda, miałam być wisienką na torcie. Bacznie przyglądałam się procesowi dekorowania tortu, ale znowu, na skutek skomplikowanego procesu losowego, ani razu nie trafiłam na nabierak cukiernika.

Co zrobić z resztą jagód? Na horyzoncie pojawiła się młoda osoba płci żeńskiej, zapewne córka mistrza tortownicy.
– Tato, mogę trochę tych jagód?
– Bierz ile chcesz.
Nie minęło 10 minut a już znalazłam się na tarcie w piekarniku. Po dwudziestu minutach w termo obiegowej saunie czułam się świeżej niż po ulewnym deszczu w sosnowym borze Puszczy Białej. Potem sesja fotograficzna i wyjazd PKSem do Warszawy. Na wieczornej imprezie spotkałam się z wieloma koleżankami. Wreszcie mogłam się poczuć jak królowa balu!

Mam tylko jedno zastrzeżenie. Nigdy nie lubiłam być przeliczana na szklanki, ale takie są prawidła blogosfery kulinarnej.

</inż>

„O Jagódko ty ma, słodka dziewczyno ma, czemu jesteś wciąż na mnie zła?”

Potłuczona ekspresówka

Najpierw na przystanek. Wystarczy wyjść z czteropiętrowego bloku, przejść kilkaset metrów spokojną przecznicą i pokonać dwujezdniową drogę z linią tramwajową pośrodku. Z tym, że w bloku nie ma windy, a inżynier konstruujący profil klatki schodowej nie wziął pod uwagę wymagań nosicielek szpilek (może jego żona chodziła w balerinach?) Chodnik do połowy zastawiony autami, a jeszcze muszą zmieścić się rowerzyści na ścieżce wykonanej z chropowatego, ułożonego przez fantazyjnych majstrów polbruku. Aleja, dawniej rozumiana jako zadrzewiona uliczka, dziś synonim dużej przepustowości. Skoro linia tramwajowa przebiegała środkiem, a trzeba dojść na przystanek tramwajowy, to pewnie wystarczy przejść tylko jedną jezdnię? Normalnie tak, ale linia tramwajowa była nieczynna (prezydent obiecał metro), zresztą i tak prowadziła nie tam gdzie trzeba. W takim razie do pokonania została jeszcze jedna nitka, oczywiście z niezsynchronizowaną sygnalizacją świetlną. Czekamy drugi raz. W tym momencie autobus ucieka. Następny za 10 minut (lub uwzględniając regulaminową odchyłkę za 5 lub 15). Niby już nie Ikarus, ale personel wracający z nocnej zmiany dzień nadal zaczyna od piwka. No i jeszcze ta przesiadka ze 149 na 18…

Tak właśnie nie dotarła do pracy Monika Lubartowska. Wybrała własne auto, starego, rozklekotanego Peugeota, bo o ile czas stania w korku deterministyczny nie jest, to fakt, że się będzie stało jest pewniejszy niż rozkład jazdy autobusów czy dziur w płytach chodnikowych, mogących znacznie nadwyrężyć zdrowie i wizerunek ponad trzydziestoletniej kobiety, która właśnie zmieniła pracę.

Głównie mężczyźni. Do tego Monika akurat przywykła, taki zawód. Zbyt duży wybór nie był w tym przypadku jednak błogosławieństwem, to przecież zmora naszych czasów. Czas podejmowania decyzji transformuje się w potężne koszty, o rząd jednostek większe niż zysk wynikający z porównania wszystkich rozwiązań. Tylko, że takie zestawienie nasza bohaterka już posiadała: zaktualizowana baza wirusów zawierająca co najmniej jeden wpis. Używając analogii brokerskiej (dobrze, że nie bokserskiej), funkcjonowała na rynku wtórnym z obciążoną hipoteką. Pierwszy mąż był tym antyprzykładem, numerem jeden na liście koni trojańskich, robaków…

Maciek nie mieszkał w tym mieście, do pracy dojeżdżał aż sto kilometrów. Na pytanie o prawo jazdy wymachiwał biletem okresowym na Przewozy Regionalne. Przewozy czego? Przede wszystkim pasażerów, ale również myśli, charakterów, ludzkich postaw i przygód. Dostępne w tym samym pudełku, ale bardzo różnej formie: welurowej, skajowej, plastikowej… Jak sobie siądziesz tak dojedziesz. Monika też nie pochodziła z tego miasta. Bywała czasem u rodziców. Niezmiernie cieszyła się z nowej drogi ekspresowej, którą będzie mogła do nich dotrzeć w o połowę krótszym czasie (plus korki na wyjeździe).

Transportowe rozterki nie są jednak obiektem wspólnych westchnień nowo poznanych osób. W środowisku inteligencji technicznej trudno o ogólnorozwojową elokwencję. Może właśnie to był ten logiczny spójnik dwojga dusz? Kod, który pozwalał się im zrozumieć w zaszumionym środowisku.

<Szczegółowa analiza porównawcza dwojga charakterów leży poza zakresem niniejszego opracowania, ponadto forma tabelaryczna, która umożliwiłaby łatwiejszy odbiór takich informacji przez czytelników, nie jest mile widziana w beletrystyce. Nawet tej „krótkometrażowej”.>

Nie wnikamy również w stan cywilny Macieja (jeżeli zniesiono obowiązek meldunków, to czemu, w imię odciążenia rządowych serwerów, nie zrobiono tego samego ze stanem cywilnym?) Jakaś kobieta była, ale chyba niewiele znacząca wobec zastanego szoku. Tymczasem w pracy zastój projektowy. Powiedzmy, że korporacje są hydrologicznym żartem, odwróceniem rzeki. Na początku życia produktu wszystko leniwie meandruje, by nabrać tempa na zwężeniu, kiedy wszystko idzie pod górkę. Koszulka w czerwone grochy temu, kto się tam znajdzie. Całe szczęście nasi bohaterowie wylądowali na torfowiskach (tutaj, jako przyjaźniejszej leksykalnie wersji bagna). Poza cyklem wdrożenia nowego pracownika, dużą rolę odgrywała korporacyjna kuchnia.

Wystarczył tydzień rozmów w tym pomieszczeniu (kontekstualnie niegospodarczym) i sprzyjające warunki klimatyczne poza klimatyzowanym biurowcem klasy A:
– To kiedy i gdzie? – Spytał Maciej, w pracy gospodarz, a w mieście gość.
– Może być nawet dziś, może nad wodą?
– Dużo tu jej, ale mało czystej. – Odrzekł Maciej, w którego słowach było słychać wyraźną uszczypliwość wobec miasta, które odebrało dawną renomę jego rodzinnej miejscowości.
– To chodźmy nad Solanki – stwierdziła Monika, używając obiegowej nazwy sztucznie natlenianych stawów, wywodzącej się prawdopodobnie od wiecznie unoszącego się fetoru ogórków małosolnych.
– Dobra, to o 17? – Maciej cały czas miał na uwadze rozkład jazdy i jego ostatni pociąg o 21:47.
:)

<Nie myślcie, że autor specjalnie sprowadził akcje na kąpielisko, żeby ułatwić sobie opis zewnętrzny bohaterów. Być może nawet sobie to daruje, wszak to nie bilans trzydziestolatka.>

Piwo, grill, głośna muzyka, gdyby nie piasek, rzec by można, że chodnikowa. Skuterów wodnych brak, ale tylko dlatego, że zbiornik zbyt mały. Intymna i romantyczna atmosfera, nieprawdaż? Półmilionowe miasto w jednym miejscu, bo spośród około dziesięciu kąpielisk zostało jedno, bezodpływowe, z obowiązkowym zakwitem sinic w samym środku upalnego sezonu.
– Uciekamy stąd
– Gdzie?
– Niespodzianka – mówiąc to Maciek chwycił Monikę za dłoń, w sposób charakterystyczny dla tych, którzy nie mają czasu na werbalizację opisu drogi na dworzec.

„Kibel” (całe szczęście nie full-plastik), godzina i trzydzieści siedem minut jazdy, przedostatnia stacja. Zadbane miasteczko, finansowane z podatków tych, którzy wyjechali, ale nie są skorzy do zmiany urzędu skarbowego. Przeto chodniki jakby mniej zdarte, a drzewa w parku wydzielają nieco więcej tlenu. Optimum, niezrozumiałe dla niektórych. Kąpielisko nowoczesne, przywar narodowego wypoczynku niestety nie jesteśmy w stanie wyeliminować, ale skutecznie redukuje je profil wiekowy klienteli odwiedzającej kompleks basenów.

– Fajnie tu, ale ja i tak nie mogłabym mieszkać na takim zadupiu…
– Czemu? Życie tańsze…
– Taniość nie przekłada się w jakość – energicznie przerwała Monika – poza tym gdzie tu są jakieś kluby, gdzie można potańczyć, gdzie kina, teatry, życie kulturalne…
– Przecież większe miasto jest 10 minut jazdy pociągiem stąd.
– Też mi metropolia! Chodźmy lepiej popływać.

W ten oto sposób, po przejrzeniu lustra wody i inspekcji wszystkich atrakcji zatopionych w stalowej niecce (włącznie z grzybem i obowiązkową rwącą rzeką), na oczach ekipy ratowników, para zakochanych rozpoczęła pierwszy pocałunek. Lubrykacja stuprocentowa, rzekłby ten typ dowcipnisia, który na pytanie „jaka woda?”, odpowiada zawsze – „mokra” <na taki rodzaj uśmieszku emotikony nie przewidziano>. Maciek zwykł na takie pytania odpowiadać bardziej precyzyjnie, z reguły w stopniach Celsjusza. Pomimo znakomitego wyczucia, nie był jednak w stanie tego wyartykułować. Zajęte usta i błąd pomiarowy wynikający z bliskości innego ciała były dostatecznym dystraktorem.

<Dla ciekawskich: bikini było białe w czerwone kropki, a slipy czarne z pomarańczowym paskiem.>

Nadmiar nadziei w stosunku do realiów spowodował szybkie ochłodzenie relacji dwojga serc. To samo stało się z wodą w basenie, to samo stało się z temperaturą otoczenia (nawet mimo ciepłej zimy). Miłość jednak nie zniknęła, nawet pomimo usilnych starań. Wyparcie, ucieczka, zniszczenie – krótka strategia Macieja, który wraz ze swoją partnerką zbudował stabilne ognisko domowe. Kredyt? Ceny nieruchomości? Takie prozaiczne rzeczy nie powinny nikogo odstraszyć od prawdziwej miłości. A jednak…

Minęło pół roku. Święta Bożego Narodzenia. Powroty do domów lub z domów, w dzisiejszych czasach naprawdę trudno wyrokować, co gdzie się znajduje. Monika Lubartowska w pojemnym bagażniku umieściła wszystkie specjały, szczególnie uważając na karpia w galarecie (nikt przecież nie lubi zniszczonej faktury jajek i groszku). Nowa droga ekspresowa, dwie jezdnie po trzy pasy. Świeży asfalt, domieszka substancji smolistych niewielka, pod spodem dwie warstwy tłucznia. Prowokuje do przekraczania prędkości. Mimo niebezpiecznie szybko wychylającej się wskazówki prędkościomierza, myśli Moniki pędziły jeszcze szybciej. Szybka analiza wydarzeń z ostatniego roku, bilans sumienia, analiza zysków i strat. Wciąż czuła się przecież samotna, rana po nieudanym małżeństwie ledwo co się zabliźniła, a tutaj ta historia z Maćkiem, który tyle ją denerwował, co kusił. Inteligentny, ale inaczej, poza tym najwyraźniej tchórz, który boi się porzucić swoją partnerkę, a raczej stabilizację finansową. Nie, nie powinno się stosować podwójnych standardów, ale czy jego związek nie był tylko tworem administracyjno-finansowym?. Zresztą, co ona zrobiła, aby pomóc mu podjąć decyzję?

Takie myśli mogą pochłonąć nawet najbardziej doświadczonego kierowcę, a w połączeniu z gołoledzią tworzą miksturę prawdziwie poślizgową. Dobrze wyszlifowana tafla lodowiska, na której unosi się muzyka. Tego radia Monika nigdy nie słuchała, na jego fale doprowadził ją autodostrajacz:
„Gdy zapadniesz w sen zaprowadzę Cię do wypożyczalni szczęścia, tam na półkach jest to wszystko czego chcesz, potrzebujesz dziś takiego miejsca.”
No rzeczywiście, w snach było znacznie lepiej, tam była szczęśliwa. Tylko, że było to szczęście wynajęte na góra osiem godzin dziennie, a w przypadku mało śpiącej Moniki znacznie poniżej pięciu. Takich snów nie można było traktować realnie, dlatego wspomagała się snami na jawie. Takim jak… Musiała wpaść w poślizg. Bagażnik otwarł się sam, słoiki się potłukły, galareta nie ocalała. Całe szczęście obrażenia były niewielkie, choć straty raczej duże: punkty karne i odholowanie samochodu.

Ciężko imprezuje się na balu sylwestrowym ze złamaną ręką, jeszcze ciężej ze złamanym sercem. Na rękę wystarczy założyć gips lub ortezę, serce ukoić może tylko kolejna miłość. Jeszcze gorzej z pisaniem na klawiaturze, smartfona Monika zmasakrowała swoim gipsem. L4, reinstalacja korporacyjnego peceta. Niepowodzenie tej procedury świadczy o niezdatności sprzętu do użycia, dlatego Monika z takim napięciem czekała na ponowny start systemu. Jeżeli przebiegnie on z powodzeniem, można zacząć wszystko od nowa.

</inż>

Osiedlowy Piotrek

Autor zaznacza, że Piotrka nie poznał, choć prawdopodobnie jest on postacią realną. Ewentualne ilustracje wykona dzięki dobrodziejstwu znaków ASCII, w miarę dostępności czcionki o stałej szerokości znaku.

I)

Plac Piotrka był ogrodzony czterema wysokościowcami. Dawniej wypełniony okazałym drzewostanem, dzisiaj większą część zajmowały parkingi. Nieformalne, choć kolejne pomysły budżetu obywatelskiego miały je ukonstytuować. Piotrek miał wiele zobowiązań wobec swojej małej ojczyzny.

Śmietnik rozdzielał podwórze na pół. To drugie pół było królestwem Piotrka. Tam miał swoje ulubione drzewa, pomiędzy nimi stał stół do ping-ponga, dwie alejki z kostki brukowej i pozostałość po słupie ze starej latarni.

Pewnego dnia, Piotrka zaskoczył nowy towarzysz zabaw (nadmieńmy, że reszta jego rówieśników całe dnie przepędzała na grywaniu w Playstation, X-boxa itp.):
– Kim jesteś? – zapytał
– Orbitrekiem. [elementem siłowni „pod chmurką” – przyp. inż.]
– Czym się zajmujesz?
– Wejdź to Ci pokażę.

Piotrek z dużym wysiłkiem próbował poruszyć swojego nowego przyjaciela. Przy pierwszej próbie nie dał się ruszyć:
– Nie na siłę, tylko z wyczuciem!
Za drugim razem zaczął skrzypieć:
– Możesz mnie naoliwić?
– Co to znaczy?
– Nasmarować.
– Ale czym?
– Jakimś olejem albo smarem.
Widząc męki swojego kolegi, Piotrek ruszył w poszukiwaniu panaceum na wszelkie bóle orbitreka.

II)

Na sąsiednim placu Piotrek spotkał pana w czarnym garniturze, białej koszuli i srebrnym krawacie. Siedział na ławce z ogromną teczką i stemplował kartki:
– Co robisz? – spytał Piotrek.
– Zarządzam – jestem prezesem spółdzielni mieszkaniowej.
– Czego?
– Spytaj rodziców – płacą mi czynsz. I trochę szacunku do starszych!
Po czym powrócił do pieczętowania swoich dokumentów. Piotrek zrozumiał tylko słowo czynsz. Szybko skojarzył go z innym, także mało zrozumiałem słowem: podwyżka. Zestawienie tych dwóch pojęć padało średnio raz na pół roku. Z reguły wywoływało u rodziców kłótnie na temat zarobków taty. Z tego właśnie względu Piotrek, niemający zbyt dobrych skojarzeń, udał się na następny plac.

III)

Oczom Piotrka ukazał się młody pan w dresie ze skąpanym w pianie samochodem:
– Co to jest?
– Samochód k***a, nie widać?
– Ale jaki i czemu ubierasz go w piankę?
– Żeby się świecił jak psu jaja. Laski to kręci, rozumiesz młody?
Nie rozumiejąc czemu psu miałyby się świecić jaja (przecież Wielkanoc już w tym roku była), Piotrek podążył dalej chodnikiem.

IV)

W kolejnym miejscu Piotrek spotkał grupę młodych osób postury podobnej do pana z poprzedniego podwórka. Mimo dość ciepłego dnia mieli na sobie szaliki i rytmicznie wykrzykiwali Arka/Legia/Zagłębie [niepotrzebne skreślić].
– Zimno Wam? Jesteście chorzy? – zapytał.
– Arka! Arka! Arka! …
– Może pomóc? Wezwać lekarza?
– Arka! Arka! Arka! …

Piotrek pomyślał, że to przez brak czapek. Przy tak wygolonych głowach rzeczywiście mogło ich przewiać i dojść do zakażenia gardła. Odsunął się do tyłu i widział tylko jak swoje krzyki przelewają na mury za pomocą farby w aerozolu. Nagle jeden z nich spytał:
– A ty młody – za kim idziesz?
– Za olejem. – odparł i ruszył w kierunku oddalonego o kilkaset metrów śmietnika.

V)

W tym miejscu osiedle przybierało formę wyższych, dziesięciopiętrowych bloków. To właśnie tutaj Piotrek spotkał Pana zbierającego puszki. Odgłos gniecionego metalu rezonował na cały plac.
– Po co gnieciesz te puszki?
– Żeby mniej miejsca zajmowały, łatwiej nosić. Chcesz mi pomóc?
– Co z nimi robisz?
– Sprzedaję… Wiesz ile kosztuje aluminium?
– A co kupujesz?
– Piwo.
– W puszce?
– Tak, zawsze mam kilka więcej do sprzedania.
Zdumiony tym sprzężeniem zwrotnym Piotrek udał się w dalszą trasę.

VI)

Nieopodal nowego osiedlowego marketu Piotrek spotkał starszą panią z torbą na kółkach. Obserwowała świeżo pomalowane bloki.
– Kupiła pani pomarańcze? – zagadnął Piotrek.
Nie odpowiedziała.
– W promocji są.
– Kupić Ci? Głodny jesteś? Gdzie Twoi rodzice?
– Pomarańcze mają dużo witaminy C i są zupełnie ja te bloki. Kupiła Pani też jabłka?
– Nie, też są w promocji?
– Jabłka mogą być czerwone albo zielone. Też jak te bloki.
– Lubisz kolorować?
– Ale najbardziej podoba mi się połączenie żółtego z zielonym. – odparł Piotrek.
Nie za bardzo rozumiejąc o czym mówi do niej Piotrek, starsza pani pokulała się ze swoim wózkiem dalej, tymczasem Piotrek został na miejscu i spotkał następną osobę…

VII)

… a w zasadzie parę. Kłócili się:
– Przecież Ci mówiłam, że orzechy mają lepsze w Lamie!
– Ale nie nerkowca, tylko brazylijskie!
– Skąd są orzechy brazylijskie? – wtrącił podsłuchujący rozmowę Piotrek.
– … z … Brazylii. – odparł nieco zdziwiony pan.
– A nie z Boliwii? – zripostował całkiem niezły z geografii gospodarczej Piotrek.
Małżeństwo kontynuowało kłótnię, natomiast Piotrek stwierdził, że z orzechów smarowidła i tak nie zrobi i wszedł do sklepu.

VIII)

W sklepie, szybko przemykając stanowiska spożywcze, zatrzymał się przy artykułach gospodarstwa domowego. Tam zagadnął ekspedientkę:
– Ma pani coś na skrzypienie?
– Chodzi Ci o skrzyp? Taką roślinkę w proszku? Dała Ci mama kartkę z zakupami? – zapytała z politowaniem.
– Mam nowego kolegę, który strasznie skrzypi.
– To może… niech pójdzie do lekarza.
– On nie umie chodzić.
– Jest niepełnosprawny?
Piotrek nie zrozumiał o co Pani chodzi i wrócił się na stoisko spożywcze gdzie wziął olej rzepakowy. Wydawało mu się, że to wystarczy.

IX)

– 5,60 zł.
– Nie mam pieniędzy.
– To jak ty chcesz kupować bez pieniędzy mały urwisie? Co zrobiłeś z pieniążkami, które dała Ci mama?
– Potrzebuję nasmarować kolegę, czy ten olej będzie dobry?
– Patrzcie, taki mały, a już pederasta! – krzyknęła Pani kasjerka, czym spłoszyła Piotrka.

X)

Wychodząc ze sklepu Piotrek był bardzo smutny. Zdawało mu się, że wszyscy się z niego śmieją i nikt go nie rozumie. Wszedł więc do najbliższego bloku, siadł na schodach i zaczął płakać. Gdy podniósł oczy zobaczył dużego szczura.
– Ale ty jesteś brzydki.
– Kwestia gustu. Co Cię do mnie sprowadza?
– Strasznie tu ciemno, jak tak możesz żyć?
– Oj, za to dużo smacznych gnijących odpadków.
– A masz może coś na skrzypienie?
– Tamte drzwi do piwnicy ciągle skrzypiały, tak głośno, że nie mogłem spać. W końcu przyszedł jakiś Pan i coś zrobił, że już nie skrzypią.
Piotrek skierował się więc ku drzwiom.

XI)

– Cześć, czemu nie skrzypicie?
– Bo przestałyśmy.
– Ale czemu?
– Przyszedł jakiś pan i coś w nas wlał.
– Ten pan to pan Hirek – mieszka z żoną na drugim piętrze. – wtrąciła klamka, często przez niego dotykana.

XII)

Po wdrapaniu się na drugie piętro Piotrek zadzwonił do pierwszych drzwi po lewej. Otworzyła mu pani w szlafroku:
– Czego tu szukasz mały?
– Pana Hirka, który ma coś przeciwko skrzypieniu.
– Haha, to aż tak doskwiera mu moje sąsiedztwo? Chyba będę musiała kupić nowe łóżko. Pan Hirek mieszka naprzeciwko – odpowiedziała cały czas się śmiejąc.

XIII)

Od samych drzwi z mieszkania pana Hirka unosiły się zapachy jedzenia. Piotrek nacisnął dzwonek. Otworzyła mu pani w fartuchu:
– Jak u Pani ładnie pachnie!
– Głodny jesteś? Nie jadłeś jeszcze obiadu?
Zaprosiła go do domu wygłaszając standardową litanię na temat rodziców i samodzielnego włóczenia się po osiedlu, którą Piotrek jeszcze bardziej standardowo zignorował. Nie bacząc na tę reakcję miła pani podłożyła mu pod nos talerz bigosu.
– Bardzo dobry – powiedział Piotrek, który był już bardzo zmęczony swoja wędrówką.
– Widać, że jesteś niedożywiony chuderlaku – nie dostajesz obiadów w szkole?
– A gdzie pani mąż? – Wtrącił Piotrek, standardowo unikając odpowiedzi.
– Hirek, chodź tu! Mamy gościa!
Zza kuchennych drzwi wyłonił się pan w swetrze z dużym brzuchem i piwem w ręku.
– Kto to? To nie ten od Malinowskich, który wybił szybę pod trójką?
– Co pan zrobił drzwiom, że już nie skrzypią?
– Wystarczy odrobina oleju i po bólu.
– Może pan kopsnąć trochę?
– Po co ci to?
– Kolega mi skrzypi.
– Jak kolega?
Zdeterminowany Piotrek odpowiedział panu Hirkowi całą swoją historię. Pan Hirek uśmiechnął się i w akompaniamencie grającego telewizora przelał Piotrkowi sporą część oleju, dokładnie instruując go gdzie ma wlewać.
Przy wyjściu żona pana Hirka, dała Piotrkowi cukierki, upominając go, żeby szedł prosto na swój plac.

XIV)

Po drodze Piotrek spotkał jeszcze wracających z lekcji gimnazjalistów:
– Patrz jaki ma zajebisty dresik! – powiedział jeden z nich spoglądając na Piotrka.
– Chyba idzie smażyć frytki – patrz ile ma oleju!
– To dla kolegi, strasznie skrzypi!
– Sp*****laj pedale z naszego osiedla! – zaczęli krzyczeć gimnazjaliści ruszając w pogoń za Piotrkiem.

XV)

Drogę pościgowi zagrodził realizujący swe potrzeby fizjologiczne pies. Piotrek potknął się o smycz i rozlał cały olej, podczas, gdy jego prześladowcy widząc dużego psa uciekli w przeciwnym kierunku.
– Uważajcie jak się gonicie, możecie wpaść pod samochód! – nakrzyczał na Piotrka właściciel psa, nie sprzątając po swoim pupilu, czym niewątpliwie jeszcze bardziej wzbogacił mozaikę chodnikową.

XVI)

Gdy Piotrek doszedł na plac z potłuczonym słoikiem, nie miał już sił, żeby tłumaczyć się orbitrekowi. Spojrzał na niego ze smutkiem. Wnet zjawiła się pani w średnim wieku, ubrana w markową odzież sportową, wyposażona w dwa kije, które oparła o stół ping-pongowy. W wymowny sposób osiodłała orbitreka i zaczęła nim bardzo sprawnie poruszać.

Piotrek obserwując ruchy w obydwu płaszczyznach, czerpał rozkosz z każdego milimetra i radiana tej dyslokacji. Smarowanie nie było już potrzebne.

</inż>

Spacerownik po mieście powiatowym

[Wydanie 1989: Trasę naszej wycieczki rozpoczynamy na dworcu kolejowym.] [Wydanie 1995: Trasę naszej wycieczki rozpoczynamy na dworcu autobusowym.] Trasę naszej wycieczki rozpoczynamy na przystanku pod dworcem autobusowym, ruch kolejowy wstrzymano w 1993 roku, natomiast lokalny PKS został zlikwidowany na początku tysiąclecia, a teren dworca został sprzedany (obecnie znajduje się tam chiński market i hurtownia stolarki okiennej). W tej chwili jedyną możliwość dojazdu transportem zbiorowym stanowią minibusy firmy ZdzichexBUS.

Kierujemy się ulicą Dworcową w stronę centrum. Dwie przecznice dalej, na świeżo oddanym rondzie rotmistrza Pileckiego, skręcamy w prawo, w bardzo ciekawą Aleję Jana Pawła II, która w ostatnich latach została gruntownie wyremontowana ze środków unijnych. Na jej początku znajduje się biuro informacji turystycznej (otwarte od poniedziałku do piątku w godzinach od 8 do 18 i w soboty od 8 do 14, w niedzielę nieczynne), gdzie mogą Państwo zaczerpnąć wszystkich niezbędnych informacji. Dalej, po prawej, znajduje się nowa galeria handlowa, z licznymi butikami odzieżowymi, utrzymana w stylu z pogranicza początkowomilenijnego eklektyzmu i postmodernizmu. Szczególną uwagę przykuwa nietypowe położenie znajdującego się tam dyskontu. Zamiast tradycyjnego podziemia lub parteru, znajduje się on na piętrze.

Al. Jana Pawła II jest główną arterią komunikacyjną miasta. Oprócz licznych przystanków jedynej linii komunikacji publicznej, znajduje się tu szeroka ścieżka rowerowa wykonana z nowoczesnej odmiany kostki brukowej (rowery można wypożyczyć w biurze informacji turystycznej). Znajduje się tu też wiele sklepów, w tym aż trzy metalowe, dwa wędkarskie, zoologiczny, pasmanteria oraz pięć sklepów z używaną odzieżą na wagę z zachodu. Poza tym kilka pizzerii (w tym jedna po kuchennych rewolucjach Magdy Gessler), salon spa i odnowy biologicznej, salon tatuaży oraz pub GrotEska.

Po udanych zakupach należy koniecznie odwiedzić starówkę. Rozpoczyna się ona deptakiem, który jest przedłużeniem Alei Jana Pawła II. Wraz z pobliskim rynkiem stanowi on gastronomiczne zagłębie miasta. Można zjeść lokalne specjały takie jak golonkę w kapuście, pierogi z grzybami czy kebab po kurpiowsku.

Po posileniu się odwiedzamy rynek. Południowa pierzeja, zwana bankową, to dwanaście kolorowych kamienic, świeżo odrestaurowanych. Tradycje bankowe posiada od wieku, do dziś mieści się tu wiele oddziałów banków i SKOKów. Po przeciwległej stronie, nieco mniej zadbanej mieści się obecnie dużo sklepów z używaną odzieżą z zachodu oraz dwie lodziarnie, znane na cały powiat. Tradycje jednej z nich sięgają aż 1905 roku. Jej specjałem są lody agrestowe.

Na środku rynku możemy podziwiać jeden z największych zabytków miasta. Jest to ratusz zbudowany w 1505 w stylu późnoklasycystycznym, z charakterystycznymi wieżami w stylu rokoko. Dzisiejszy kształt zawdzięcza XIX-przebudowie i ostatniej termomodernizacji. Obok znajdują się miejskie szalety, z których męski został w połowie odremontowany (pisuary) i stracił swój pierwotny charakter, natomiast w żeńskim nadal możemy poczuć atmosferę późnego Gierka.

Kierując się na północ ulicą Basztową (od nieistniejącej nigdy baszty) dochodzimy do parku miejskiego, którego kręgosłupem jest rzeka Syfianka. Jej intrygująca nazwa wywodzi się prawdopodobnie od charakterystycznych syfonowych źródeł, ale wielokrotnie była temat kpin mieszkańców, którym kojarzyła się głównie z dużym zanieczyszczeniem spowodowanym przez fabrykę płyty pilśniowej znajdującej się w jej górnym biegu. Obecnie fabrykę zamknięto, a powyżej parku, z grantów norweskich, zainstalowano biologiczno-mechaniczną oczyszczalnie ścieków o średnim dobowym przepływie Qdśr = 3 300 m3/d.

Wzdłuż rzeki wytyczono ścieżkę dydaktyczno-przyrodniczą, na której ustawiono tablice ze starymi fotografiami rzeki. Do dziś w okolicy mostku stoi dawna maszyna służąca do rozdrabniania drewna, która przypłynęła tu po sławnym wypadku podczas wielkiej powodzi w 1997 roku. Nieliczni twierdzą jednak, że z jej przybyciem wiąże się pewna legenda. Gdy w prasłowiańskich czasach lokalny przywódca rodu – Gniewosz Uwikłany – sporządził pierwszą inwentaryzację lokalnych lasów, pojawiły się sprzeczki co do podziału majątku wśród jego synów. Jeden z nich – Mieszko Zgryźny – objął teren najbardziej urodzajny w sosnę, na którym później powstała fabryka płyty pilśniowej. Gdy zazdrosny o ten atrakcyjny kawałek ziemi jego brat – Bolko Odbity – próbował go odbić, Mieszko tak wczepił się w drzewo, że ciężko poraniony zrósł się z jedną z sosen. Po latach, gdy ją wycinano, odezwał się jego duch, który uszkodził maszynę, która to przez kanał roboczy wpadła do rzeki.

Park stanowi główne miejsce spędzania czasu miejscowej ludności. W ciepłe popołudnia i weekendy można tu spotkać wielu emerytów uprawiających nordic walking, zrzeszonych w największym tego typu w Polsce stowarzyszeniu „Kijem w przestrzeń”. W parku znajduje się też amfiteatr (obecnie w trakcie remontu), na którym oprócz wielu pojedynczych koncertów, odbywają się także imprezy cykliczne takie jak „Transgraniczne lato z wieczorną balladą”, „Ogólnopolski przegląd kompozycji pościelowych” czy „Muzyka i pokolenia: od melorecytacji do melancholijnego hip-hopu”.

Z parku kierujemy się w stronę północną. W kwartale ulic Mickiewicza, Słowackiego, Asnyka i Niemcewicza znajduje się największe w mieście osiedle mieszkaniowe zbudowane na początku lat siedemdziesiątych. Posiada ono dość ciekawe założenie urbanistyczne z centralnie położonym pawilonem handlowo-usługowym, wokół którego w formie krzywych łamanych rozciągają się czteropiętrowe klatkowce. Kościół dobudowano w 1993 ze składek parafian na miejscu niewykorzystywanej już świetlicy osiedlowej. Warto zwrócić uwagę na blok przy ulicy Słowackiego 14, w 2009 okrzyknięty przez Ekspres Międzypowiatowy za budynek mieszkalny z największym zagęszczeniem anten satelitarnych na metr kwadratowy. Ekspansja telewizji kablowej nieco nadszarpnęła ten wizerunek, jednak nadal można zobaczyć tam prawdziwą mozaikę talerzy satelitarnych.

Bezpośrednio za osiedlem znajduje się główny zakład przemysłowy miasta (w upadłości) – fabryka wyrobów gumowych. W czasach świetności specjalizowała się w produkcji dętek do roweru i elementów przeznaczenia wojskowego. To właśnie zapach gumy unoszący się w promieniu kilometra od fabryki spowodował, że na osiedle Wieszczów mówi się potocznie osiedle Gumowe. W latach osiemdziesiątych poprzedniego wieku zanotowano tu niższy niż w reszcie powiatu przyrost naturalny. Sytuacja poprawiła się w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to fabryka, ze względu na bardziej wyśrubowane normy emisji, ograniczyła wydzielanie substancji toksycznych. Jednak złośliwi twierdzą, że po prostu ze względu na zaniechanie produkcji dla wojska, miejscowa ludność straciła łatwy dostęp do specyficznych produktów, deficytowych w pozostałej części miasta.

Krocząc dalej, wzdłuż ulicy Piłsudskiego, mijamy mleczarnię, obecnie oddział dużej spółdzielni z Grajewa, która skazała zakład na produkcje wyłącznie kefiru. Pomimo protestów nie uchował się sztandarowy produkt lokalnej spółdzielni jakim był sławny serek waniliowy o charakterystycznej, średniej granulacji.

Bezpośrednio za mleczarnią znajduje się szpital z nowoczesną porodówką. Oddział neurologiczny także został gruntownie zmodernizowany, w tej chwili prowadzony jest przez wydzieloną spółkę.

Z ulicy Piłsudskiego z powrotem zakręcamy na ulicę Dworcową, gdzie znajduje się wiele urzędów powiatowych. Największą uwagę przykuwa świeżo oddany budynek Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, z ciekawym podpiwniczeniem, którego przeznaczenie, wraz z komputeryzacją zakładu, ma zostać zmienione z archiwum na lokalną serwerownie. Ulica urzędów ze względu na dużą liczbę domowych drapieżników bywa nazywana ulicą kocią. Dokarmiane są one przez urzędników, ponieważ spełniają pożyteczna rolę w walce z małymi polnymi gryzoniami, które są gatunkiem inwazyjnym wobec papierowych archiwów. Pracownicy starostwa za żart losu uznają fakt, iż kluczowa dla powiatu ulica leży tak blisko pól uprawnych.

Na końcu ulicy znajduje się przystanek, od którego rozpoczęliśmy wycieczkę. Jeżeli dobrze sprawdziliśmy rozkład jazdy, unikniemy czekania na wpół zdemontowanej wiacie. Przejście całej trasy powinno państwu zająć około trzech godzin, jednak warto zarezerwować dodatkowy czas na zakupy i obiad.

W następnym odcinku zawitamy do stolicy województwa.

</inż>

Zjazd

Wyciąg z protokołu z XI Nadzwyczajnego Zjazdu Opolskiej Organizacji Stawiania i Kontroli Słupków Identyfikacyjnych (O-OSiKSI).

Porządek obrad:

1)      Otwarcie zjazdu, uchwalenie porządku obrad
2)      Przedstawienie sprawozdania z działalności O-OSiKSI za lata 2011-2015
3)      Dyskusja i głosowanie
4)      Wybór komisji skrutacyjnej oraz komisji uchwał i wniosków
5)      Zgłaszanie kandydatów do zarządu
6)      Prezentacja kandydatów, dyskusja
7)      Przerwa
8)      Głosowanie
9)      Ogłoszenie wyników
10)   Przemówienie nowych władz
11)   Podsumowanie złożonych wniosków, głosowanie uchwał
12)   Zamknięcie zjazdu

(1)

Zebranie w imieniu zarządu rozpoczął prezes Janusz Normalewicz. Powitał znakomitych gości, w tym ministra inrastruktury i rozwoju – Stefana Osiatyńskiego, honorowego członka opolskich struktur OSiKSI…

(2)

W swoim sprawozdaniu (w pełnej wersji dostępne na naszej witrynie internetowej) prezes Normalewicz nakreślił specyficzną sytuację, w jakiej znalazła się nasza organizacja: „Rozpowszechnienie tanich odbiorników GPS zmniejszyło rolę słupków identyfikacyjnych. W planach jest nawet ich całkowita likwidacja, co może postawić nas w bardzo ciężkiej sytuacji. Całe szczęście mamy sojuszników w rządzie. Dzięki środkom unijnym doposażyliśmy również arsenał naszych urządzeń geodezyjnych. Widać też stałe zainteresowanie organizowanymi przez nas kursami …

(3)

W dyskusji pierwszy głos zabrał kol. Łukasz Bubel, delegat powiatu ozimskiego. Wspomniał on o staroświeckich metodach działania organizacji i zaproponował przeprofilowanie jej w kierunku dostrajania i kalibracji urządzeń GPS: „Moglibyśmy zmienić nazwę na Organizacja Dostrajania i Kalibracji Urządzeń Geolokalizacyjnych (ODiKUG). Nasze leśne dziadki przegapiły rewolucję technologiczną, czas na młodość. Co Pan prezes zrobił, żebyśmy nie zostali odsunięci na boczny tor? Nic!”

W odpowiedzi na przedstawione zarzuty, prezes Normalewicz wspomniał o inicjatywach ustawodawczych i rozporządzeniach, nad którymi pracowano między innymi w opolskim oddziale OSiKSI: „Cały zarząd ciężko pracował nad projektem rozporządzenia, które miałoby zatrzymać niekontrolowany zalew odbiorników GPS, napisaliśmy kilkadziesiąt stron, precyzując nawet takie szczegóły jak kolorystyka identyfikatorów kontrolerów. Tutaj pan minister może powiedzieć, jaki był opór rządu przed wprowadzeniem tej normy w życie. Uchwalone rozporządzenie to prawdziwa wolna amerykanka – każdy może sobie kupić tego GPSa. Tylko gdzie pan Bubel był jak tworzyliśmy te rozporządzenia?”

Asystent prezesa Normalewicza – Marcin Ludwik pokazał treść rozporządzenia, nakreślając najbardziej istotne elementy. W odpowiedzi pan Bubel stwierdził, że jest to „bubel prawny”. Kolejną osobą, która zabrała głos w dyskusji, był kol. Witold Osowski, przewodniczący struktur strzeleckich: „Myślę, że Janusz i kolega Łukasz błądzą w podobnym kierunku. Nie ukrywajmy, nie powstrzymamy GPSów. Może je mieć każdy i nikomu tego nie zabronimy. Powinniśmy raczej skupić się na edukacji geograficznej. Młodzież się do nas nie garnie, bo za bardzo skomplikowaliśmy ścieżkę kariery.”

(5)

Zgłoszono następujących kandydatów na stanowisko prezesa zarządu:

– Janusz Normalewicz, lat 55, zgłoszony przez Marcina Ludwika, aktualny prezes

– Witold Osowski, lat 58, zgłoszony przez Mieczysława Nastroińskiego, kierownik oddziału w Strzelcach Opolskich

– Łukasz Bubel, lat 28, zgłoszony przez Piotra Spychcinę, członek kierownictwa oddziału w Ozimku

(6)

Jako pierwszy głos zabrał aktualny przewodniczący – Janusz Normalewicz: „Ja państwu przedstawiać się chyba nie muszę, rządzę tą >>firmą<< wiele lat. Źle państwu?”

Po gromkich brawach głos zabrał najmłodszy kandydat, kol. Łukasz Bubel: „Wiele lat i nieudolnie! Kiedyś być inspektorem OSiKSI to był szpan, a teraz… Kto w ogóle idzie na te kursy, chyba tylko dzieci zarządu. Strasznie się wszystko drogie zrobiło, a co my z tego mamy? Dalibyście nam chociaż darmowe przejazdy autostradą. Rządzi nami klika starszych panów i trzeba to wreszcie rozwalić!”

Z kolei kol. Witold Osowski pokrótce przedstawił swój program wyborczy: „Drodzy koledzy, musimy pomyśleć o młodzieży. Tego, że GPSy zawładnęły światem już nie powstrzymamy. Nie zwalnia to jednak każdego dorosłego człowieka z umiejętności poruszania się w terenie z mapą i kompasem. To właśnie w tym kierunku moglibyśmy pójść. Stawianie słupków miałoby już wymiar wyłącznie symboliczny i edukacyjny. Nie są one w dzisiejszych czasach potrzebne, ale przecież nikt nam tego nie zabroni”

W odpowiedzi prezes Normalewicz stwierdził, że aktualny zarząd i o te sprawy dba należycie: „Pozyskaliśmy bardzo dużo funduszy unijnych, stale szkolimy, nie tylko młodzież”.

Głos zabrał także minister Osiatyński, który zgłosił swoje obiekcje co to kandydatury kol. Osowskiego: „Pan Osowski bardzo pięknie mówi o młodzieży, ale jaki daje jej przykład? Chciałem kolegom przypomnieć sytuację sprzed dziesięciu lat. Byłem wówczas podsekretarzem stanu w MSWiA, zostałem zaproszony na otwarcie zjazdu z autostrady przy Strzelcach Opolskich. Kol. Osowski przeprowadzał tam właśnie egzamin na młodszego inspektora słupków identyfikacyjnych. Pozwoliłem sobie wytknąć kilka błędów źle przeszkolonemu egzaminowanemu, a wtedy kol. Osowski zmieszał mnie z błotem – dosłownie”.

Na swoją obronę kol. Osowski przytoczył inne okoliczności: „Proszę Pana ministra, Janusz, ty zresztą też to pamiętasz. Chłopak popełnił kilka błędów, ale kol. Osiatyński wtrącał się do przebiegu egzaminu, czego robić nie powinien, do tego robił to w sposób wulgarny. To on rozpoczął przepychankę. Umówiliśmy się, że pozostanie to między nami. Nie wiem jaki ma pan interes żeby wyciągać to po tylu latach. Dziś żałuję, że nie wezwałem wtedy policji.”

(9)

Wyniki wyborów na stanowisko prezesa:

– Janusz Normalewicz – 48 głosów

– Łukasz Bubel – 6 głosów

– Witold Osowski – 15 głosów

(10)

Wnioski napływały do Komisji Uchwał i Wniosków pisemnie przez całe zebranie. W sumie zebrano 13 wniosków:

– Wprowadzenie nowych specjalizacji zaproponował kol. Sobczak z Kędzierzyna-Koźla. Obok młodszego inspektora słupków identyfikacyjnych, inspektora słupków identyfikacyjnych, inspektora słupków identyfikacyjnych dróg powiatowych, inspektora słupków identyfikacyjnych dróg wojewódzkich, inspektora słupków indentyfikacyjnych dróg krajowych oraz inspektora słupków identyfikacyjnych autostrad, powinien pojawić się inspektor słupków identyfikacyjnych dróg ekspresowych.

– Jeszcze inne specjalizacje zaproponował kol. Łukasz Bubel. Miałyby to być młodszy inspektor jakości urządzeń geolokalizacyjnych, inspektor urządzeń geolokalizacyjnych i starszy inspektor urządzeń geolokalizacyjnych

– Wniosek o skierowanie sprawy kol. Witolda Osowskiego do sądu koleżeńskiego, zgłoszony przez Marcina Ludwika. Zarzut znieważenia funkcjonariusza publicznego w trakcie pracy powinien być skierowany na drogę sądową. Za uchwałą: 54, przeciw: 15.

Protokółował: <inż>